Wanna z kolumnadą : reportaże o polskiej przestrzeni / Filip Springer.

10Lu18

Polecam, po prostu. Książka momentami wstrząsająca – świadomość jak bardzo nie dbamy o przestrzeń, która nas otacza jest przerażająca.

-Deweloperzy mogą ludziom obiecywać wszystko, i to robią. Sklepy, szkoły i place zabaw. Ale takie miejsca nigdy nie będą miały dobrej infrastruktury, bo one już na etapie projektu zostały bezpowrotnie zniszczone – mówi Beim. -Czasami myślę, że oferty deweloperskie dotyczące przedmieść powinny być w Polsce opatrzone takimi samymi ostrzeżeniami, jakie są na papierosach.

s.16

Życie na przedmieściu przypomina czasem grę w monopol w której na każdym polu czekasz albo się z niego cofasz. Spóźniłeś się na autobus, następny jest za czterdzieści minut. Czekasz dwie rundy. Zapomniałeś ze sklepu jajek, a już wypiłeś piwo – wracasz do sklepu pieszo, a to dwadzieścia minut w jedną stronę. Cofasz się o dwa pola. Na wylotówce znowu korek, Dwie rundy. Musisz zawieźć dziecko do przedszkola i nadkładasz drogi. Runda.

s.20

[…] Mieliśmy kupić mieszkanie w centrum Poznania, ale znajoma nam powiedziała, że zna kogoś, kto ma tanie działki pod lasem. Cisza, spokój, za oknem park narodowy. Pojechaliśmy, a ja się zakochałam w tym miejscu. Tu wtedy nic nie było. Policzyliśmy pieniądze, dobraliśmy trochę kredytu i kupiliśmy. Budowa strasznie się ciągnęła, a do nas docierało, że wyprowadzamy się za miasto. Jak już wszystko było gotowe, przez rok nie mogliśmy się zebrać do przeprowadzki. W końcu się spakowaliśmy i pojechaliśmy. Wkrótce kupiłam drugi samochód, bo jeżdżenie jednym do pracy okazało się niemożliwe. Syn wybrał kszołę na przeciwległym końcu miasta, dwadzieścia pięć kilometrów w jedna stronę. Rachunki za paliwo przekroczyły tysiąc trzysta złotych. A potem przyszła zima i zachciało mi się płakać. Nie mama tu żadnych znajomych. Raz próbowaliśmy zrobi grilla z sąsiadami, ale ja nie umiem rozmawiać o telewizorach plazmowych, jeśli wie pan, co mam na myśli. To sa kompletnie obcy mi ludzie, a przyjaciele z Poznania nie chcą przyjeżdżać, bo to dla nich cała wyprawa.
-A co z tą listą?
-Zaczęłam robić przed pana przyjściem.
-I co pani wyszło?
-Przestałam, jak się okazało, że przeważają minusy. przecież stąd nie cieknę.

s.23

Andrzej Olbrysz wyliczył, że koszt zbudowania infrastruktury dla jednego domu rodzinnego to dla gminy wydatek rzędu stu trzydziestu tysięcy złotych. Wystarczy tę kwotę przemnożyć przez liczbę domów, by dowiedzieć się, ile musiałby wydać samorząd na to, żeby nowi mieszkańcy mieli prąd, wodę, gaz i dostęp do kanalizacji. O drodze dojazdowej, szansie na jakiś autobus i kawałek chodnika nie wspominając. Gmin na takie luksusy nie stać, więc pozwalają na budowanie w szczerym polu, bez dostępu do czegokolwiek. Ludzie latami czekają na wszystko.

s.25

-Plan miejscowy to fetysz. Samorządy chwalą się tym, ile mają planów i że dzięki temu jest u nich porządek. A tak naprawdę nie mają. Uchwalenie planu kosztuje dużo, gminy często na to nie stać. Ale stać dewelopera. Dogadują się: gmina uchwala plan, ale za jego zrobienie płaci urbanistom deweloper. Są tacy, którzy na to idą. Co może być w planie, za który płaci deweloper budujący tanią mieszkaniówkę? No przecież nie park z boiskiem dla dzieciaków albo szkoła, prawda? Z działki trzeba wycisnąć , ile się da.

s.30

-Czy w zarządzie jest ktoś z wykształceniem architektonicznym albo plastycznym?
-Nie, nie, nikogo takiego nie ma. Ale w radzie osiedla mamy kilka osób, które czują kolor. To głównie panie. Zaufaliśmy im i nie żałujemy. Mamy zaprzyjaźnionego architekta, który nam te projekty później podpisuje jako swoje. Jakoś się tam rozliczamy za tę jego pomoc. Przecież katastrofy budowlanej od pomalowania bloku nie będzie, prawda? A przynajmniej jest tak, jak ludzie chcą.

s.86

Niesiony tym sukcesem i rosnącym popytem na ciastka [firmy Tago] Gołębiewski rozpoczyna rozbudowę hotelu w Białymstoku. Zakupiony wcześniej budynek bez niezbędnych podnosi o jedno piętro. Przez kilka następnych lat nie znajdzie się nikt, kto będzie w stanie zmusić go do rozbiórki tej samowoli. W połowie 2006 roku dokonuje kolejnej przebudowy budynku. I znów nie ma na to odpowiednich zezwoleń. Nadal jest bezkarny.
W 2003 roku Gołębiewski otwiera hotel w Wiśle mimo braku odbioru przez straż pożarną i zgody na użytkowanie. W obiekcie dwukrotnie wybuchają pożary. Raz płonie dach, innym razem urządzenia w hotelowym basenie.

s.97

Są dziś dwie Łodzie. pierwsza to pustynniejące miasto nad smutkiem i rozpaczą. Oddycha się tu suchą mieszanką powietrza, kurzu i spalin. Między budynkami tworzą się wyspy ciepła, gdzie temperatura jest nawet o dziesięć stopni wyższa niż w bardziej zielonych częściach miasta. To tak, jakby wsiadać do tramwaju wiosną, a po dwóch przystankach wysiadać w środku lata. Łódź ma jeden z największych współczynników zachorowalności na raka. Co trzeci mieszkaniec miasta cierpi na choroby spowpdowane tym złym powietrzem. Co piąty myśli, że jest na to skazany, dlatego że w jego miecie po prostu nie ma choćby strumienia.

s.132
W Łodzi jest 19 rzek i strumieni, ale o większości z nich nie wiedzą nawet mieszkańcy, bo są ukryte pod ziemią. https://pl.wikipedia.org/wiki/Rzeki_w_%C5%81odzi

W ramach tego czekania w samej Warszawie powstało kilkaset osiedli grodzonych. W 2004 roku było ich ponad czterysta. Policzył je niemiecki student Henrik Werth. Zwrócił uwagę, że w Berlinie, który statystyki przestępczości ma o wiele bardziej ponure niż Warszawa, takie osiedle jest jedno, i to na obrzeżach miasta.

s.156

Któregoś wrześniowego ranka 2006 roku na bramach kilku warszawskich osiedli zamkniętych pojawiły się solidne łańcuchy zapięte na jeszcze solidniejsze kłódki. Założyli je warszawscy anarchiści. Postanowili w ten sposób zaprotestować przeciw grodzeniu przestrzeni, które wcześniej były wspólne. Uwięzieni mieszkańcy klęli na czym świat stoi, a zdezorientowani ochroniarze szukali czegokolwiek czym mogliby przeciąć pancerne łańcuchy. Akcja anarchistów była najbardziej spektakularnym głosem w dyskusji o osiedlach zamkniętych w Polsce.

s.156

W 2007 roku dawj brytyjscy badacze: urbanista Rowland Atkinson i kryminolog Olvier Smith, przebadali pięćdziesiąt osiedli zamkniętych w Stanach Zjednoczonych. Odkryli, że przestępczość utrzymuje się tam na takim samym poziomie jak na osiedlach bez płotu, o podobnej strukturze społecznej. Co więcej, stwierdzili też, że poty zwiększają ryzyko napaści na osoby z zewnątrz. Te bowiem wydają się wysłannikami niebezpiecznego świata, od któ©ego uciekli mieszkańcy grodzonych osiedli. „Strach przed >>.naruszeniem<< – piszą Atkinson i Smith – zajmuje wysoką pozycję na liście lęków mieszkańcóœ zamkniętych osiedli.
[…]
Ale socjologowie alarmują: osiedla za płotem wyczerpują też definicję innego słowa. Jest nim "getto", czyli "odizolowana społeczność, rządząca się własnymi prawami, niechętna ludziom z zewnątrz".

s.157

Na innym osiedlu czytam kartkę w gablocie informacyjnej dla mieszkańców: „Uprzejmie informujemy właścicieli psów mieszkających w anszym domu, że zabronione jest ich wyprowadzanie na trawniki znajdujące się w obrębie osiedla”.
-Czyli u nas luksus, grys na alejkach i przystrzyżone finezyjnie krzaczki – mówi ze skwaszoną miną ochroniarz – a psie gówno to tam, gdzie mieszka pospólstwo. Niech sobie sprzątają.

s.161

-To niezły pic na wodę, proszę pana. Ja jestem z północnej Pragi, a tu na Targówku roznoszę tylko gazetki reklamowe, z tego żyję. Kiedyś myslałem, że jak tych płotów przybędzie, to mi się zrobi trudniej. Ale gdzie tam! Mnie się jeszcze nie zdarzyło, żebym nie wszedł. Mają te monitoringi, płoty i kody, a ja po prostu stoję pod bramką i jak ktoś wychdozi, to sobie wchodzę. Nikt mnie nigdy nie zatrzymał. Ten płot to jest tylko argument, żeby od ludzi kasować za mieszkanie o kilka tysięcy więcej. Nic poza tym.

s.161

Mówisz, że wtedy zaostrzyło się prawo? Nie, to nie miało dla nas żadnego znaczenia. Po prostu trzeba było jakoś bardziej pokombinować, zgłosić fikcyjną budowę i można było wieszać. Przecież tłumaczę ci, że chodziło o bilans. Jeśli reklama zarabiała więcej niż wynosiły kary, wszystko było OK.

s.185

Branża się umawia, że jakaś forma badania jest reprezentatywna i wszyscy z niej korzystają, przedstawiając wyniki swoich kampanii. A w outdoorze nie. A wiesz dlaczego? Bo te duże firmy, które tak głośno mówią, że im zależy na wspólnym standardzie, zakulisowo sabotują każdą inicjatywę, która ma prowadzić do jego powstania. Mają swoje powody. W Wielkiej Brytanii wprowadzenie standardów wykazało, że znaczna część nośników ma zerową skuteczność. Na przykład takie stojące równolegle do drogi. No to teraz jedź sobie na Wisłostradę albo na Wał Miedzeszyński. Jezu, gdziekolwiek jedź i zobacz, ile tam tego stoi i czyje to jest. Mają w całej Polsce tysiące tablic, na które nikt nie patrzy. Ale klienci nie zdają sobie z tego sprawy, więc płacą za nie.

s.186

-To po co wieszaliście, skoro i tak nic nie dawały?
-A bo ja wiem po co? Tak jakoś… Jak ja bym się tak nad wszystkim głęboko zastanawiał, tobym nie miał czasu na pracę.

s.210

Reklamy


No Responses Yet to “Wanna z kolumnadą : reportaże o polskiej przestrzeni / Filip Springer.”

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: