Czasy secondhand – Swietłana Aleksijewicz

01Sier15

Świetny reportaż. Polecam i stawiam na półce zaraz obok reportaży Hugo-Badera.

Pod koniec late dziewięćdziesiątych – mówił – studenci śmiali się, kiedy im wspominałem o Związku Radzieckim; byli przekonani, że przed nimi otwiera się nowa przyszłość. Teraz to wygląda inaczej… Dzisiejsi studenci już się dowiedzieli, już poczuli, co to znaczy kapitalizm – nierówność, ubóstwo, bezczelne bogactwo zobaczyli, jak żyją ich rodzice, którzy nic nie dostali z rozgrabionego kraju. Są więc nastawieni radykalnie. Marzą o własnej rewolucji. Noszą czerwone tiszerty z portretami Lenina i Che Guevary.

s.15

Nacierali, biegnąc po zmarzłej tafli jeziora, a nieprzyjacielska artyleria biła w lód. Mało komu udało się dopłynąć o brzegu, a ci, którzy dopłynęli, byli bez sił i bez broni. Półnadzy. Finowie podawali im wtedy ręce. Ratowali. Jedni chwytali te ręce, a inni… Wielu było takich, którzy nie przyjmowali pomocy od wroga. Tak ich uczono. A tato chwycił czyjąś dłoń i wyciągnęli go. Dobrze pamiętam jego zdziwienie: „Dali mi wypić sznapsa, żebym się rozgrzał. Dali suche ubranie. Śmiali się i klepali po plecach: „Żyjesz, Iwan!”. Tato nigdy przedtem nie widział wrogów z bliska. Nie rozumiał, z czego się cieszą.
Kampania fińska zakończyła się w czterdziestym roku… Radzieckich jeńców wymieniono na Finów, którzy siedzieli u nas w niewoli. Szli kolumnami naprzeciw sobie. Kiedy Finowie zrównali się ze swoimi, zaczęto ich obejmować, ściskać im ręce… Naszych powitano inaczej, jak wrogów. „Braciszkowie! Kochani) – rzucili się jeńcy ku swoim. „Stać! Jeden krok, a strzelamy!” Kolumnę otoczyli żołnierze z owczarkami i zaprowadzili jeńców do specjalnie przygotowanych baraków. Wokół baraków był drut kolczasty. Zaczęły się przesłuchani…
-Jak się dostałeś do niewoli? – zapytał śledczy tatę.
-Finowie wyciągnęli mnie z jeziora.
-Jesteś zdrajcą! Ratowałeś swoją skórę, a nie ojczyznę.
Tato też uważał, że jest winien. Tak ich uczono… Nie było żadnego sądu. Wyprowadzono wszystkich na plac i doczytano rozkaz: sześć lat obozu za zdradę ojczyzny. Wysałano ich do Workuty. Tam budowali kolej w wiecznej zmarzlinie. Mój Boże! Rok czterdziesty pierwszy… Niemcy już pod Moskwą… A więźniom nawet nie powiedziano, że wybuchła wojna, żeby się nie cieszyli – byli przecież wrogami. Już cała Białoruś dostała się pod okupację. Padł Smoleńsk. Kiedy więźniowie dowiedzieli się o tym, od razu zapragnęli iść na wojnę, pisali listy do komendanta obozu… Do Stalina… Dostawali odpowiedź: wy, dranie, macie pracować dla zwycięstwa na tyłach, na froncie zdrajców nie potrzebujemy. A oni… Tato… Słyszałam to od taty… Wszyscy płakali…
[…]
Kiedy tatę zrehabilitowano, wypłacono mu dwumiesięczny żołd za wszystkie cierpienia. Ale w naszym domu długo wisiał wielki portret Stalina. Bardzo dlugo… Dobrze to pamiętam… Tato nie żywił do nikogo żalu, uważał, że takie były czasy. Surowe. Budowano silny kraj. Zbudowano go i pokonano Hitlera! Tak właśnie mówił tato…

Żyliśmy w zgodzie, jak w rodzinie. Jak ty nie masz, to ja ci dam, jak mnie zabraknie to ty przyniesiesz. Lubiliśmy nasze święta. Budowaliśmy socjalizm, a teraz mówią w radiu, że się skończył. Ale my… myśmy zostali…

s.98

Pogrzeb Achromiejewa… Nad grobem stała rodzina i kilku przyjaciół. Nie było salwy honorowej. „Prawda” nie zaszczyciła nekrologiem byłego szefa Sztabu Generalnego czteromilionowej armii. Nowy minister obrony Szaposznikow (były minister Jazow siedział w więzieniu razem z innymi „puzcystami”) zajęty był, jak się zdaje, głównie tym, żeby przejąć mieszkanie Jazowa, z którego szybko wypędzono żonę tego ostatniego. Własne interesy…

s.144

Przed sierpniem dziewięćdziesiątego pierwszego roku żyliśmy w jednym kraju, a po sierpniu – w drugim. przed sierpniem mój kraj nazywał się „Związkiem Radzieckim”…
Kim jestem? Jestem jednym z tych idiotów, którzy bronili Jelcyna. Stałem pod Białym Domem i gotów byłem pchać się pod czołg. Ludzie wyszli na ulice uniesieni falą, porywem. Ale umrzeć gotowi byli za wolność, nie za kapitalizm. Uważam, że zostałem oszukany. Nie chcę kapitalizmu, który u nas wprowadzono…

s.145

Jakieś wojskowe święto… Nasze przedszkole zaprowadzono pod pomnik bohaterskiego pioniera Marata Kazieja. „Dzieci – powiedziała wychowawczyni. -To jest młody bohater, rozerwał się granatem i zabił wielu hitlerowców. Kiedy dorośniecie, powinniście być tacy jak on”. Też mamy się rozerwać granatem? Sam tego nie pamiętam, tylko z opowieści mamy… W nocy bardzo płakałem, że muszę umrzeć i będę gdzieś leżał sam, bez mamy i taty… No a skoro płaczę, to nie jestem żadnym bohaterem… Potem zachorowałem.

s. 174

Pewien chłopiec z naszej klasy wyjechał do Izraela… Zwołano zebranie całej szkoły, przekonywano go. „Jeśli twoi rodzice chcą wyjechać, to niech jadą, ale my mamy świetne domy dziecka, skończysz tam szkołę i zostaniesz w ZSRR”. Dla nas był zdrajcą. Wyrzucono go z Komsomołu. Następnego dnia cała klasa jechała do kołchozu na wykopki, on też przyszedł, ale wyprosili go z autobusu. Na apelu dyrektorka szkoły zapowiedziała wszystkim, że kto spróbuje z nim korespondować, będzie miał trudności z ukończeniem szkoły. Kiedy wyjechał, wszyscy zaczęliśmy do niego pisać…

s. 175

Było wielkie imperium – od morza do morza, od obszarów podbiegunowych do subtropików. No i gdzie się podziało? Pokonano je bez bomby… bez Hiroszimy… Zwyciężyła Jej Cesarska Mość kiełbasa! Zwyciężyło dobre żarcie! Mercedes Benz. Niczego więcej człowiekowi nie trzeba, tylko chleba i igrzysk! Reszta jest zbędna… To największe z odkryć XX wieku. Odpowiedź wszystkim wielkim humanistom. I marzycielom kremlowskim. A my, moje pokolenie, myśmy mieli wielkie plany. Marzyliśmy o rewolucji światowej: „Niech burżujów strach oblata, rozdmuchamy pożar świata”. Na zgliszczach starego zbudujemy nowy świat, uczynimy wszystkich szczęśliwymi. Wydawało się nam, że to jest możliwe, naprawdę w to wierzyłem! Zupełnie szczerze! (Zanosi się kaszlem). Ta astma mnie wykańcza. Niech pani poczeka… (Pauza). Właśnie dożyłem, doczekałem się przyszłości, o której marzyliśmy. Umieraliśmy dla niej, zabijali. Krwi było wiele… i własnej, i cudzej… „Idź i umieraj nienagannie; tylko ta sprawa nie zginie, za którą krew serdeczna płynie…” „To serce kochać nie będzie umiało, które już nie potrafi nienawidzić…” (Ze zdziwieniem). Pamiętam… Nie zapomniałem! Skleroza jeszcze wszystkiego nie wytrawiła. Coś jeszcze w pamięci zostało. Tych wierszy uczyliśmy się na lekcjach wychowania politycznego… Ileż to lat minęło? Strach powiedzieć…

s.180

Na wojnie byłem dwukrotnie ranny. Wróciłem do domu z trzema orderami i medalami. Wezwali mnie do komitetu dzielnicowego. „Niestety, nie możemy wam zwrócić żony. Wasza żona nie żyje. Ale honor wam zwracamy…’ Oddali mi legitymację partyjną. A ja byłem szczęśliwy! Szczęśliwy…
(Mówię mu, że nigdy tego nie zrozumiem. Wybucha)
Nas nie można sądzić według reguł logiki. Buchalterzy! Zrozumcie to! Można nas sądzić tylko według praw religii. Wiary! Jeszcze będziecie nam zazdrościć! Co wy macie wielkiego? Nic poza komfortem. Wszystko dla żołądka, dwunastnicy… Napchać kołdun i obstawić się zabaweczkami…

s.199

W książkach oczywiście o tym nie napiszą, że za Niemców żyło się nam lepiej niż za Sowietów. Niemcy otworzyli cerkwie. Rozwiązali kołchozy i rozdali ziemię – po dwa hektary na każdego i po jednym koniku na dwóch gospodarzy. Ustanowili twardy podatek: jesienią mamy oddać ziarno, groch, kartofle i po jednym świniaku z gospodarstwa. Oddawaliśmy, i jeszcze nam zostawało. Wszyscy byli zadowoleni. A za Sowietów tośmy klepali biedę. Brygadzista stawiał w zeszycie „pałki” – roboczodniówki. A jesienią za te roboczodniówki dostawało się… figę! A tu mamy i mięso, i maso. Inne życie! Ludzie się cieszyli, że są wolni. Nastały niemieckie porządki… Jak nie nakarmiłeś konia, to dostaniesz nahajką. Nie zamiotłeś obejścia… Pamiętam, co ludzie mówili: że skoro przywykliśmy do komunistów, to przywykniemy i do Niemców. Nauczymy się żyć po niemiecku. Tak było… Wszystko tkwi w mojej pamięci. Nocą wszyscy się bali „leśnych”, którzy przychodzili nieproszeni. Kiedyś przyszli i do nas. Jeden miał siekierę, drugi widły. Mówią: „Dawaj, matka, słoninę. Daj samogonu. I nie rób dużo hałasu”. Opowiadam pani tak, jak było w życiu, a nie jak piszą w książkach. Partyzantów na początku nie lubiano.

s.221

Władzia umiała robić na drutach, żyłyśmy z zarobionych przez nią pieniędzy. Kobieta rozliczyła się z nami i mówi: „Natnę dla was trochę kwiatów”. Jak to – dla nas bukiet? Dwie żebraczki, stoimy głodne, zziębnięte… w jakichś workach… I to dla nas – kwiaty! Zdaniem innych myślałyśmy tylko o chlebie, a tu ktoś się domyślił, że możemy też myśleć o czymś jeszcze. Byłyśmy zamknięte, zamurowane, i nagle ktoś otworzył lufcik… okno na oścież… Okazuje się, że oprócz chleba, oprócz jedzenia można nam dać też bukiet kwiatów! To znaczy, że niczym się nie różnimy od innych. Jesteśmy takie same… ‚Natnę dla was trochę kwiatów”… To było naruszenie reguł: nie narwę, nie zbiorę, tylko natnę w ogrodzie. Od tej chwili… Możliwe, że to był mój klucz… Dostałam klucz… I to mnie odmieniło… Pamiętam tamten bukiet… Wielki bukiet kosmosów…

s.247

Pytanie do Radia Erewan: „Co zostało po Stalinie?”. Radio Erewan odpowiada: „Po Stalinie zostały dwie zmiany bielizny, para butów, kilka bluz wojskowych, cztery ruble i czterdzieści kopiejek oraz gigantyczne imperium”. Drugie pytanie: „Jak to się stało, że żołnierz rosyjski doszedł do Berlina?”. Odpowiedź radia: „Żołnierz rosyjsi nie jest aż tak śmiały, żeby się cofać”.

s.288

Ona była Ormianką, on Azerbejdżaninem, ale nikt się nad tym nie zastanawiał, takich rozmówi nie pamiętam. Świat dzielił się inaczej: czy człowiek jest dobry, czy zły, chciwy czy dobrotliwy. Sąsiad i gość. Z jednej wsi… z miasta… Wszyscy mieli jedną narodowość – wszyscy byli ludźmi radzieckimi, wszyscy znali rosyjski.
Najpiękniejszym, najulubieńszym świętem dla wszystkich był Nowruz. Nowruz Bajram to dzień nadejścia wiosny. Czekaliśmy na nie rpzez cały rok, a świętowali przez siedem dni. Przez siedem dni nie zamykało się bram i drzwi… Ani w dzień, ani w nocy nie byo żadnych zamków ani kluczy… Palono ogniska… Ogniska płonęły na dachach i podwórzach. Całe miasto było pełne ognisk! Do ognia wrzucano pachnącą rutę i proszono o szczęście, powtarzano: „Saryłygin sene, gyrmyzyłygin mene” – „Wszystkie nieszczęścia dla – dla ciebie, a moja radość dla mnie”. „Gyrmyzyłygin mene…” Każdy wstępował do każdego – wszęðzie przyjmą jak gościa, poczęstują mlecznym pilawem i czerwoną herbatą z cynamonem albo kardamonem. A na siódmy dzień, najważniejszy dzień święta, wszyscy zbierali się razem… przy jednym stole … Każdy wynosił na podwórze swój stół, z których zestawiało się jeden długaśny. Na nim stawiano gruzińskie chinkali, ormiańskie boraki i bastruma, rosyjskie bliny, pierogi ukraińskie albo taarskie, zwane jeczpoczmak, mięso z kasztanami po azerbejdżańsku…

s.330

…Być ofiarą to takie poniżające… Po prostu wstyd. W ogóle nie mam ochoty z kimkolwiek o tym rozmawiać, chcę być jak wszyscy, a w rezultacie jestem ciągle sama.

s.379

Jeśli zajrzy się do słownika Dahla, to słowo dobroć (dobrota) pochodzi od słowa dobrować – żyć w dostatku, w obfitości dóbr… Wtedy jest i pewność, i godność… A tego wszystkiego nam brakuje.

s.478



No Responses Yet to “Czasy secondhand – Swietłana Aleksijewicz”

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: