Mazovia MTB Marathon – Lublin – 17 czerwca 2012

17Czer12

Po objeździe trasy Mega (57km) umieram. Strasznie wyczerpany jestem. Ale pojechałem nieprzygotowany (bez wody i z tylko jednym batonem).

Trasa o wiele bardziej wymagająca niż Skandia. Ogromna większość to drogi gruntowe wśród pól. Asfalt pojawia się najczęściej, gdy przecinamy jakąś drogę w poprzek. Drogi szutrowe występują rzadko.

Wydaje mi się, że jeżeli można mówić o ‚bardziej terenowym’ wyścigu, to Mazovia będzie nim zdecydowanie (w porównaniu do Skandii Lublin).

Porównanie do Skandii jest nieprzypadkowe, gdyż wyścig ten odbył się niedawno w Lublinie i około 20% dystansu Mega pokrywa się z trasą Skandii (tyle, że w przeciwnym kierunku).

Jechałem na slickach i w gruncie rzeczy dawałem radę. Piachu jest bardzo mało. Najwięcej jest suchej twardej ziemi rozjeżdżonej przez traktory i kolein ziemnych. Podjazdy nie nastręczały problemów.

Więcej informacji o wyścigu na stronie: http://www.mazoviamtb.pl/index.php?stat=184

Dyskusja o wyścigu: www.Forum.RowerowyLublin.org

PS (18VI) RELACJA

Bawiłem się lepiej, niż na Skandii. Wynik też osiągnąłem lepszy :]

Mój sektor oczywiście największy, mnóstwo amatorów, którzy chcą się ścigać skoro taki wyścig jest tak blisko ich miejsca zamieszkania. Kobiety, mężczyźni, starsi i młodsi. Niektórzy mają klubowe koszulki inni, to co znaleźli w ciuchu.
Znajomi zagrzewają zawodników przed startem „Ryba się rozbiera jak wygracie!”. Pamiątkowe zdjęcia w stojącej grupie i raz za razem słyszymy tylko „10..9..8..1.. Staaaart” – zapowiadający miał zdrowie, 11 razy zapowiadał tak samo i na dodatek tak samo, z zacięciem nieco didżejskim (znajcie to ‚ajs’ na końcu wypowiedzi:-D)
Końcowa wymiana życzliwości ze znajomymi ‚Dobrej zabawy’, ‚Powodzenia’ i salutowanie do kasku. Za chwilę nasz start, już czekamy na zapowiedź, GPSy już zaczęły sczytywać trasę, już jest dreszcz i napięcie, zero myśli poza tymi… „jak pojadą, którędy wyprzedzę, trasa leci tu prosto i zaraz w prawo”.

Wystartowali! Cała grupa rozpierzchła się po drodze dość szerokiej, było nawet luźno i można było wyprzedzać. W większości przypadków szybsi jeżdżą z lewej strony. I ja chociaż nie wierzę w szybkie toczenie się moich opon podczepiam się do kogoś na koło i cisnę w miarę mocno, by póki jest asfalt zyskać dobre miejsce zanim wjedziemy do lasu.

Krótki szuter, ale już jest wąsko, już są kałuże, już ciężko wyprzedzać i już pierwsi zawodnicy majstrują przy rowerach, znam ich słownik wyrazów w tej chwili. Jedziemy! I zaraz jest, jest las i są już pierwsze kałuże i luuuudzie, oni zwalniają, boją się błotka (To jest MTB, come on!). Ech, miłośnicy jazdy terenowej. Więc i ja zwalniam i krzyczę ‚Uwaga!’ licząc, że ci za mną dosłyszą i we mnie nie zjadą.
Tutaj moje opony sprawują się świetnie, chociaż jestem ostrożny i ich do końca nie wyczuwam śmigam i przez błoto bez problemów, mijam tych, którzy ugrzęźli. Myślałem, że będę dbał o swą czystość, ale te zamiary poszły w niwecz zaraz po okrzyku ‚Start!’.
W lesie błogosławiliśmy lekki chłód, chociaż zapachy były nieciekawe, bo to kałuże i błogo w taki upalny dzień nie przywoływało na myśl sielanki. Ale kto o tym myślał, droga jest kręta i wąska, co raz lecą jakieś gałęzie na kask i oczy, hłaszczą po rękach i nogach. Spod kół leci błoto.

Droga była tak wąska, że czasem nie sposób było wyprzedzać bez narażenia życia, więc bywały chwile, że trafiało się na zator prowadzony przez marudera. I tylko wypatrywałem chwili by było trochę szerzej, by móc ruszyć do przodu.
Drugie niebezpieczeństwo to słupek, który na środku drogi miał pojawić się w pewnym momencie, niby oznaczony taśmą, ale w pędzie kto zwróci na niego uwagę – na szczęście o nim pamiętałem z objazdu trasy – bardzo przydatny element wyścigu.
Jadę więc za grupką ludzi, a tu nagle dwóch zawodników przede mną grzęźnie w kałuży. Muszę wyhamować, wypinam nogę z pedała. Nie mogę, nie wytrzymuję i rzucam bezsilne „k***a”. Zaraz podnoszę koło, wpinam się na nowo i cisnę co sił w nogach, by wyprzedzić, tych, którzy urzęźli i nie dać się pozostałym.

Jest ciężko, od początku, kiedy ruszyliśmy tempo jest wysokie, raz, żeby na asfalcie zdobyć dobre miejsce, a dwa, że wszyscy mają jeszcze siłę. Zaczynam to odczuwać, pierwsze wątpliwości „Jechać MEGA czy FIT?” pojawiają się jeszcze w lesie, kiedy zaczyna mnie łapać kolka. Ale jadę, jeszcze cisnę ile mogę.

Mijałem się z kolegą Piotrkiem, raz ja jego, raz on mnie. W pewnym momencie koło zaczęło mu brzęczeć. Czułem się trochę niefajnie, kiedy go minąłem i nawet nie spytałem co się stało. Liczyłem w myślach, że mi wybaczy, że to wyścig i że liczy się rekord :-D (później i tak mnie dogonił)

Kiedy wyjechaliśmy z lasu zacząłem wyprzedzać ludzi, ale wątpliwości MEGA czy FIT miałem nadal. Upał dawał się we znaki, zabrałem ze sobą 3 bidony, ale bardzo szybko ubywało mi w nich wody.
Na szczęście nowy rower sprawował się świetnie, a nawierzchnia nie sprawiała problemu.

Stwierdziłem jednak, że powinienem jechać FIT, mniejszy dystans, bo na tyle mnie stać z lekkim przeziębieniem, kiedy jednak spojrzałem na oznaczenie trasy, było już za późno, minąłem rozwidlenie, nie miałem wyboru i musiałem jechać dalej, ale już bez ciśnienia, na miarę moich możliwości i w swoim tempie.

Dziwnie też wielu zawodników traciło siły, co raz mijałem kogoś, kto jechał wyraźnie wolniej ode mnie. Zastanawiałem się ‚gdzie oni byli, kiedy to ja byłem z tyłu i starałem się gonić’. Lekki podjazd wśród pól i kolejne krzyżyki namalowane na ramie ;-)

Wielu z nas pewnie liczyło na to, że brak deszczu od czwartku oszczędzi nam błota w trakcie wyścigu, ale nie. Było by zbyt czysto, a to nie jest sport dla pedantów. W lesie przybraliśmy stroje moro, a na polach jechaliśmy w tumanach kurzu, czasem się bałem czy tak osłabłem, że mam mgłę przed oczyma, czy to jednak ten unoszący się pył. A kiedy jechało się za kilkoma czy kilkunastoma zawodnikami, naprawdę były to chmury.

Skoncentrowany na jeździe nie widziałem zawodników. Macieja pamiętam tylko z początku, a Piotrka do połowy. Wyprzedził mnie na zjeździe razem z innym zawodnikiem, gdy wypadł mi bidon i zatrzymałem się by go podjąć. Siadłem na koło i jechałem kawałek. Odskoczyli mi jednak po ostrym zakręcie, ale za chwilę był podjazd, więc to znów szansa dla mnie, znów siadłem na koło, a gdy zaczął się płaski odcinek wyprzedziłem i zaprosiłem Piotrka na koło.

Bufet – niewątpliwie lepszy niż na Skandii, a może nauczony doświadczeniem już kilkanaście metrów przed punktem zacząłem drzeć się na całe gardło „Izoo!!! Izo!!!”. Ale izotonika nie było, była woda i kolejni maruderzy, którzy nie chcieli brać napoju w locie, tylko albo się zatrzymywali, albo zwalniali mocno. Więc cóż, w butelce wody w jednej ręce wymijałem ich jak się dało. Zredukowałem przełożenie i wyprzedzałem na kolejnym podjeździe. Piotrek trzymał się cały czas za mną i miejmy nadzieje mamy wspólne zdjęcie na wzgórzu urokliwej zieleni.

Za chwilę zjazd z owego wzgórza i sakramentalne ‚Lewa!’ oraz ‚Dziękuję’. Sygnalizowanie tego, którędy chce się jechać względem zawodnika wyprzedzanego to bardzo ważna sprawa. Na pewno podnosi bezpieczeństwo.
Ostry zakręt i znów długa prosta w dół. Jedziemy obok siebie z Piotrkiem, ale jakoś… nie ma tematu do rozmowy czy co :-D Ciśniemy.

Niedaleko sad, który tak mnie uraczył i znów zakręt 90 stopni, szuter, którego jeszcze się boję, ostry zakręt, zaraz drugi, punkt kontrolny i asfalt epoki gierkowskiej. ‚Droniek siadaj na koło!’ i staram się podciągnąć kolegę trochę do przodu. Niestety niedługo słyszę ‚Jedź Qavtan, ja już odpadam’. Nie wiem czy powiedziałem (na pewno chciałem) „Dzięki, powodzenia”. I pociąłem do przodu.
Niemałą satysfakcję sprawiło mi obserwować, jak dwóch zawodników droczyło się między sobą, kto za kim będzie jechał na kole, gdy tymczasem ja, bez problemu minąłem ich obu, a żaden jakoś nie doczepił się do mnie.

Kolejny skręt pod ostrym kątem i już wiem, jeden z mniej fajnych odcinków, grube kamienie i podjazd, bardzo ciężko było wyprzedzać, opony mogłyby się ślizgać na wypryskujących spod nich kamieni, dlatego jechałem slalomem, wyprzedzałem na kamieniach i wracałem na ziemię przy poboczu. Kolejny podjazd na plus dla mnie, kilku zawodników minąłem.
Dalej dość dziki fragment, po płaskim, staram się odpocząć, bo i wyprzedzić ciężko, ale zawodnik przede mną wyczuł, że jestem, nerwowo obraca się by mnie odnaleźć. Ja już wiem, że on nie będzie chciał dać się wyprzedzić. Ja się nie staram, bo zaraz jest zjazd po szutrze, ostry zakręt z kamieniami, a to jeszcze nie na moje umiejętności, wyboista prosta i muszę zwolnić, bo ktoś sobie wymyślił, że gruzem budowlanym ‚wyrówna’ te doły.
Zaraz jednak uśmiech na twarzy, lekki podjazd i znów ktoś nie daje rady. Cóż, jest takie powiedzenie, które mówi, że tym co odróżnia chłopców od mężczyzn są góry, więc i moje podjazdy jednak w tej materii rowerowej coś znaczą. Cóż, że na zjazdach i prostych nie szło mi już tak kolorowo, ale jednak, będę się chełpił swoimi podjazdami :]

Gdzieś w 2/3 trasy mijam znajomego Marcina na przełajówce, znów trochę wyrzutów sumienia, że nawet nie spytałem co mu się stało, a ten z uśmiechem na twarzy wziął oponę i tym sposobem klaskał(?) dodając mi sił.
A zaraz potem widzę jak wyprzedza mnie człowiek na rowerze bez amortyzatora „Twardyś, bez amortyzatora”, „Ano twardy niestety” – słyszę w odpowiedzi. Kiedy pomyślę, o mojej jeździe po tej trasie innym rowerem, bez amortyzatora właśnie… brak mi słów. A ten zawodnik dawał radę i nie pamiętam bym go wyprzedził później.

Jednym z bardziej urokliwych fragmentów był mały wąwóz, z którego po chwili wjeżdżało się w lasek, a tu niespodzianka, ostry podjazd i mocny zakręt, chyba pod kątem ostrym w ogóle, świetna sprawa dla sprawdzenia siebie i tutaj poszło mi dobrze i krzyczałem ‚Lewa!’, a zaraz potem ‚Prawa!’, bo ktoś nie chciał zareagować na wcześniejsze wołanie i musiałem manewrować między rowerzystami. Przełożenie, pyk, w dół i dalej do przodu. A zaraz już wiem co, zjazd i od razu podjazd, i to nie wcale lekki.
Znów redukuję i czołgam się pod górkę, dalej też podjazd, ale łagodny. Jednak brakuje mi sił by wrzucić ‚na blat’ (największy tryb z przodu).
Chociaż, cóż będę się chwalił dalej, ogromną większość wyścigów, przejechałem właśnie na największym trybie z przodu. Na najmniejszy pewnie zrzuciłem łańcuch raz czy dwa, ale nie pamiętam tego dokładnie, hehe.

Tutaj kilku mnie wyprzedziło, podjazd, prosta, znów minimalnie pod górkę, trochę piasku, odkryty teren, słońce piecze niemiłosiernie, tego dnia z samego rana było chyba 16C, a w szczytowym momencie ponad 30, a i to pewnie w cieniu. Wyprzedziłem jednego zawodnika i jadę, dalej, ostro w lewo i znów prosta, kolejny zawodnik na moim koncie.

Chwila przez lasek, kilka ostrych zakrętów i znów pola, pola jak okiem sięgnąć, lekko z górki, więc biorę łyk z bidonu i kolejny kęs batona. Z przodu na blacie z tyłu też prawie najtwardsze przełożenie, ale bez ciśnienia, nie jestem do tej terenowej prędkości przyzwyczajony. To jednak moje początki jeśli chodzi o MTB.

Kawałek lasu, ale tutaj bardzo przyjemna nawierzchnia, miękka, ale nie błotnista, na tyle twarda, że komfort jest duży, a moje opony ładnie chwytają podłoże i niosą mnie przyjemnie. To już znany ze Skandii fragment regionu, jeszcze dalej kilka kilometrów, które znam, ale z innego kierunku.
Ostry skręt za lasem i podjazd, którego chyba niektórzy mogli się bać, ziemisty i gdyby nie upał, pewnie byłby grząski. Dalej jest nieciekawy, bo ciężko w nim znaleźć dwie koleiny, ciężko wyprzedzać i chociaż jest mi już ciężko, wiem, że jeśli nie teraz na podjeździe to później może być ciężko z wyprzedzaniem.
Za mną w żółtej koszulce TVM jedzie inny zawodnik. Mijaliśmy się wielokrotnie, ja jego wyprzedzałem na podjazdach, a on mnie na zjazdach.
Za chwilę prosta i także ciężki odcinek, nie wiadomo dlaczego właśnie na piasku ustawiony był drugi bufet. Sprawdzoną metodą drę się wcześniej, że chcę izotonik i jest, w końcu widzę niebieski płyn w butelce, biorę go do ust a twarz wykrzywia mi grymas… ciepłe :-D Jakież to było ciepłe.
Ale! Ale nie takie przeszkody czekają jeszcze emtebowca (MTB-owca). Dlatego trzymam napój w dłoni, popijam, a później resztę upycham do kieszeni – przyda się jeszcze, nie ma co wyrzucać. Tym bardziej, że w bidonach nie zostało mi już nic (Podczas całego wyścigu wypiłem prawie 3l napojów).

Za chwilę podjazd, zjazd, a na szczycie oczywiście towarzysz TVM. Wioska i znów podjazd, na którym go doganiam i zjazd, na którym o dziwo trzyma się mnie, ale za chwilę wyskakuje ze słowami ‚Teraz ja pociągnę’, no i pociągną 1/3 zjazdu, ale dobre i tyle. Po chwili las i trzymam się za nim nawet mniej niż 100m, ale w końcu tracę z oczu, nie daję rady jechać szybciej, popijam resztki izotonika i staram się jechać swoje. Do your own thing. Najlepiej jak mogę, tutaj już jednak byłem wyczerpany.

Wiedziałem, że to już końcówka, to już las Dąbrowa. Zobaczyłem oznaczenia trasy rowerowej – jestem nad zalewem, jeszcze chwila i koniec. Wypatrywałem znajomych miejsc i oto zaraz skręt i przecinamy Osmolicką, ależ się w duchu ucieszyłem, przeszedł mnie dreszcz i jeszcze odrobinę starałem się wykrzesać z nóg. Tutaj już tylko kawałek asfaltu, gruntowa ścieżka rowerowa i wiem, dalej droga rowerowa, znam ten fragment dobrze.
Jak tylko wyskoczyłem z lasu na drogę rowerową przypomniałem sobie słowa kolegów po Skandii, kiedy mówiłem, że nie czuję się tak źle. Odpowiadali „to znaczy, że mogłeś jeszcze przycisnąć”. Tym razem przycisnąłem, tak bardzo cieszyłem się z tych moich ostatnich chwil, dałem z siebie wszystko.
Razem ze mną z Dąbrowy wyjechał rowerzysta. Spojrzał na mnie, widział, że jestem zdeterminowany, będę się ścigał, wycedził do mnie „Nie będzie łatwo”. Pomyślałem, że nie, pewnie, że nie, dawaj się ścigamy. Przycisnąłem i on zdaje się też, tyle, że w tej samej chwili chyba zmieniał przełożenie, coś mu strzeliło w przerzutce i tyle go widziałem. Ze swoimi sarkastycznymi myślami ‚No, nie było lekko :-D’ pojechałem po moje indywidualne zwycięstwo, na ostatnim podjeździe przed metą jeszcze kilka osób wyprzedziłem i linię końcową przejechałem z poczuciem zwycięstwa.

Jestem bardzo zadowolony. Cieszę się, że znajomi zachęcili mnie mnie do udziału.

Ciekawe, jaki byłby wynik, gdybym był zdrowy ;-)

Wyścig przejechałem na rowerze, który kupiłem w tym tygodniu u Mirosława Karonia. To mój pierwszy wyścig terenenowy na rowerze do tego przystosowanym.

Mój wynik: (Data) 2012-06-17 (Miejsce wyścigu) Lublin (Trasa) Mega (Kategoria wiekowa) M2 (Dystans) 54km (Średnia prędkość) 23.9 (Czas) 02:15:41 (Miejsce w klasyfikacji generalnej na dystansie) 132/340 (Miejsce w kategorii wiekowej na dystansie) 29/52.

Mój track: Endomondo.com

+na bufetach mogłem skorzystać z napojów; krzyczałem przed punktem „IZOOO!!! IZO!!!”, na pierwszym bufecie była tylko woda, na drugim izotonik, batonów nie brałem, bo jechałem na rekord, a w sumie miałem swoje jedzenie.
+trasa – terenowa faktycznie, las, szuter, drogi polne, minimum asfaltu.

~nie czułem się tak pewny przebiegu trasy jak na Skandii, mam wrażenie, że oznaczeń i drogowskazów było za mało. Kolega opowiadał o grupie nawet 30 osób, która pojechała nie tam gdzie trzeba.

-za 70PLN + 20PLN za czip spodziewałbym się czegoś więcej; dostałem tabliczkę z numerem i dwa zipy, makaron regeneracyjny, pod dostatkiem wody, izotonika, pomarańczy, bananów i ciasta, ale to już na mecie. (Na Skandii za 60PLN był czip, bidon, baton, żel, breloczyk świecący i nutella na śniadanie, tabliczka na rower i na plecy, 3 zipy0
-tombola – czyli loteria na zakończenie okazała się żenadą. Spośród mojej grupy znajomych, było nas sześciu, aż dwóch zostało wylosowanych (fantów było kilkadziesiąt, może nawet 50), a nagrody? Bielizna damska sztuk 1. Inni wylosowali szampon do włosów, sztyft lub temu podobne… żenada. (Na Skandii były 2 zegarki Tour de Pologne, 2 zestawy odżywek, rower elektryczny).
-zamknięty szlaban na wjeździe do lasu (widać na filmie w 11:30);

PS (19VI) film z przejazdu trasy FIT.

Reklamy


One Response to “Mazovia MTB Marathon – Lublin – 17 czerwca 2012”

  1. Kolego, nie dość, że ostro jeździsz to jeszcze gładko piszesz :). Świetny opis – czytając czułem błotko na twarzy! Byłem na Maratonie ale jedynie jako kibic. Widziałem wracających zawodników, którzy byli solidnie udekorowani błotem. Zazdroszczę Wam świetnej jazdy i zabawy. Pozdrawiam. Krzysiek.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: