Spróbuj wykorzystać test w Latarniku Wyborczym przy podjęciu decyzji o głosowaniu 21 października.

[link]

latarnik

Reklamy

Obejrzałem Film Kler i jest mi smutno. Ale po jakim filmie Smarzowskiego człowiekowi nie jest smutno?

Wydaje mi się, że „Kler” to właśnie taki typowy Smarzowski. Trudny temat, ciężki klimat, wielkie dylematy i jakiś kac moralny.

Nie rozumiem oburzenia ludzi na ten film, bo poza tym co możemy wyczytać w gazetach o działaniach lub winach Kościoła Katolickiego to Smarzowski nie musiał używać swojej fantazji za bardzo, żeby film był mocny. Bo to co jest codziennością, jakoś akceptujemy, ale wchodząc do sali kinowej na te ponad dwie godziny jesteśmy sam na sam z problemem. I już trochę trudniej znieść niegodziwość.

Nie wiem czy film polecam, bo Smarzowski to kino specyficzne, ciężkie przede wszystkim. Trochę smutne i przygnębiające. Nawet jeśli pojawia się tu nutka nadziei, to płonie ona w zalewie rzeczywistości.
Może obecność na tym seansie to sprzeciw wobec rzeczywistości? Postawa światopoglądowa? Może. Tak jak wiele komentarzy w internecie i ja mam nadzieję, że jeżeli ktoś faktycznie nie godzi się na to co przedstawione jest w filmie, to jednak zacznie działać w rzeczywistości, bo obecność na sali kinowej nic nie zmienia.

Ja poszedłem, by mieć swoje zdanie na temat tego filmu – mam. Byłem ciekaw czy będzie w nim coś nowego/rewolucyjnego – nie było.

Dla mnie najlepszą chyba sceną był moment ogólnego entuzjazmu w kurii biskupiej, gdy udało się ekipie udaremnić opublikowanie listu jednego z księży. Scena jakby wyjęta z życia korporacji albo Wall Street, gdy grupa cieszy się z hossy, sukcesu na rynku, zrealizowania celu. Ta scena jest dla mnie bardzo wymowna.

Bardzo przykro widzieć obraz instytucji budowanej na wartościach, która jest wydmuszką.
Może film zachęci nas do refleksji? Zadumy? Nas samych o to jakie wartości są dla nas ważne.


Dobrze zainwestowane pieniądze

Najciekawiej w całej sprawie zachowuje się wicepremier i jednocześnie minister ds. kultury, profesor Piotr Gliński. Zamiast gratulować twórcom sukcesu zapewnia, że on filmu nie finansował, że żadne publiczne środki nie przyczyniły się do „ataku na Kościół”.

Nie jest to prawda – film otrzymał publiczne środki z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. I nie ma się czego wstydzić, wręcz przeciwnie: „Kler” to przykład świetnie zainwestowanych publicznych pieniędzy i kolejny dowód na to, że obecna ustawy o kinematografii ma sens.

Wyłożone na film publiczne środki wrócą bowiem do publicznej puli – dotacja z PISF jest pożyczką dla producenta. Bezzwrotną tylko wtedy, gdy film nie odniesie sukcesu i producent nie wyjdzie na swoje. W dodatku na budżet PISF składają się między innymi kina, odprowadzające 1,5% przychodu na rzecz Instytutu.

Im większe przychody kin, tym więcej środków na produkcję kolejnych filmów – każdy sprzedany bilet na film Smarzowskiego zwiększa pulę, także dla prawicowych twórców. W normalnych warunkach minister kultury powinien traktować „Kler” jako dowód, że w podległym mu polu system finansowania kultury działa wzorowo.

Źródło: https://oko.press/kler-idzie-na-rekord-juz-25-mln-polek-i-polakow-obejrzalo-film-smarzowskiego/


20181006_114503

Profesor Bartoszewski był więźniem Auschwitz, żołnierzem Armii Krajowej, współzałożycielem Rady Pomocy Żydom „Żegota” , uczestnikiem powstania warszawskiego, działaczem społecznym, historykiem, dziennikarzem , Od 1990 roku był ambasadorem w Austrii , dwukrotnie ministrem spraw zagranicznych ,senatorem, , pełnomocnikiem premiera ds. dialogu międzynarodowego, przewodniczącym Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, honorowym prezesem polskiego PEN Clubu i honorowym członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK,wreszcie autorem ponad 40 książek i blisko 1,5 tys. artykułów.

Przy tym wszystkim był też uroczym gawędziarzem,dlatego uznałam, że najlepiej będzie, jeżeli to on sam opowie o swoim życiu, chociaż we fragmentach, bo zyciorys miał tak bogaty, że możn nim obdzielić paru ludzi.
Tak mówił o swoim wejściu w dorosłość:
„Moje życie dojrzałe rozpoczęło się w terminie wyznaczonym przez Adolfa Hitlera, który rozkazał napaść na Polskę i Warszawę, kiedy ja miałem 17 lat i kilka miesięcy. Pierwszy raz w życiu płakałem, kiedy armia hitlerowska wkraczała do Warszawy. Siedziałem w mieszkaniu i wyłem jak ranny zwierz. Szlochałem. Bo jak to? Armia hitlerowska wkracza do Warszawy , a ja jestem bezradny”.

Ale bezradność zdecydowanie nie była cechą profesora. Doświadczenia z Ausschwitz przekuł po latach w pozytywne działania na rzecz pojednania polsko- niemieckiego, żeby po 50 latach móc z satysfakcją stwierdzić:
„gdyby we wrześniu 1940 roku stojącemu na placu apelowym w Auschwitz Władysławowi Bartoszewskiemu ktoś powiedział, że za jego życia Niemcy staną się demokratycznym państwem prawa, uznałbym to w najlepszym razie za marzenie utopisty. Ale radykalna zmiana nastąpiła. I to nie ja się zmieniłem – ja mogłem pozostać tym, kim byłem, gdy SS-man pokazywał mi komin krematorium jako jedyną drogę wyjścia z obozu. To Niemcy się zmienili”.

Nazizm i rasizm były dla profesora obłąkaną ideologią. Dlatego zaangażował się w tworzenie Rady pomocy Żydom: Żegoty. Mówił o tym daleki od wszelkiego patosu: „Przede wszystkim bałem się. Za pomaganie Żydom była kara śmierci.
Robiliśmy dużo, ale zrobiliśmy za mało. Zresztą nie ma tego jak policzyć. Czy zrobiliśmy więc wiele? Zawsze można więcej, co oznacza, że z moralno-filozoficznego punktu widzenia dostatecznie dużo robi dla bliźniego tylko ten, kto oddaje za niego życie. A jeśli ktoś je „tylko” naraża, to zawsze będzie miał poczucie, że mógł zrobić więcej”.

Z konspiracji wyszedł w październiku 1945 roku. Przez rok był dziennikarzem opozycyjnej „Gazety Ludowej” i działaczem PSL. Aresztowany w końcu 1946 roku do lata 1954 roku, z półtoraroczną przerwą, był więźniem politycznym. W 1955 roku został zrehabilitowany. O tym, co wypełniało dalsze życie Władysława Bartoszewskiego najlepiej zaświadcza wypowiedź esbeka z 1970 roku. „W ostatnim 25-leciu konsekwentnie wykorzystuje każdą możliwość do działalności antykomunistycznej, dostosowując jej formy i metody do aktualnej sytuacji politycznej w kraju” . To samo można powiedzieć o aktywności profesora aż do odzyskania wolności,
To niezwyczajne życie zaowocowało przemyślenimi, ostrzeżeniami, które profesor zostawił nam w testamencie.

Odnosząc się do czasu wojny i po wojnie pisał:
Kto gardzi ludźmi, obojętnie, z powodów wyznaniowych, z powodów rasowych, z powodu ksenofobii wobec kogokolwiek, wobec ludzi pochodzenia ukraińskiego, białoruskiego, rosyjskiego, niemieckiego, żydowskiego – ten przede wszystkim gardzi sobą. Dla nas pytaniem zasadniczym jest, ile prawdy o tych strasznych doświadczeniach już się przyjęło i ile prawdy o zbrodniach wszelkich totalitaryzmów uda się nam jeszcze przekazać młodszym pokoleniom. Myślę, że dużo, ale nie dość.
Miał profesor trzeźwą ocenę rodaków.

„Największym problemem Polski jest zły stosunek do samego siebie: podejrzliwość, kłótliwość, swarliwość, nienawiść, kompleksy, brak pewności siebie i negatywny stosunek do własnej historii, i aby jeden drugiemu mógł dojechać dobrze, gotów jest przy okazji popełnić samobójstwo.”
W przyszłość patrzył z obawą, mając na uwadze, jak źle rozumiany jest w Polsce patriotyzm. Pytał:
„Czy sprostamy zadaniom, jakie stawia przed nami współczesny patriotyzm? Czy pamiętając o przeszłości, o tragediach i ofiarach, będziemy świadomi, że patriotyzm obecnie to nie wyłącznie przywiązanie do symboli, nie tylko pamięć, ale przede wszystkim stała organiczna praca dla wspólnego dobra? To samorządność i zaangażowanie w sprawy społeczne, w tworzenie społeczeństwa obywatelskiego, w podnoszenie kwalifikacji, w troskę o słabszych ekonomicznie i cierpiących. Czy nie utopimy szans w sporach, w prywacie, w krótkowzroczności, w zacietrzewieniu?
Wiecie, czego ja naprawę się boję? Boję się, że my Polacy znów to wszystko schrzanimy”.

Dzisiaj możemy gorzko stwierdzić, że obawy profesora były prorocze. Dlatego powinniśmy pamiętać zawsze słowa Profesora:
„Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”.

Dzisiaj nadajemy temu maleńkiemu skwerkowi imię wielkiego Polaka, Władysława Bartoszewskiego, o którym tak pięknie i trafnie powiedział dyrektor Muzeum Ausschwitz Piotr Cywiński: Dał Polsce więcej niż miał”

Ewa Zielińska
20181006_112021_HDR


Kapitalistyczne gry

07Paźdź18

Praca ma być pasją współczesnego człowieka. Ma on wyrażać siebie przez pracę, ona zaś ma definiować jego. Nie bez kozery jednym z pierwszych pytań, jakie słyszymy od nowo poznanej osoby jest: czym się zajmujesz? Praca musi być interesująca, imponująca i inspirująca, tak dla nas jak i dla innych. Oczywiście większość tych dostępnych na rynku, jest do niczego, dlatego powinniśmy stale aspirować, starać się, modyfikować nasze CV, chodzić na kursy, ćwiczyć, poprawiać własne samopoczucie. Tylko będąc szczęśliwymi możemy znaleźć pracę, która nas uszczęśliwi – tak najprościej można scharakteryzować tytułową pętlę z polskiego wydania książki (tytuł oryginału to „The Wellness Syndrome”.
Jednym z narzędzi mających oderwać nas od niedorzeczności niesprawiedliwości przymusu szczęśliwej nadprodukcji są krótkie i proste gry na telefon/tablet/komputer. Uruchamiane w czasie pracy „tylko na cwhilkę”, tak naprawdę są jej stałym elementem. Relatywna łatwość, z jaką tego typu gry dają nam pokonać kolejne poziomy, pozwala nie zwariować w miejscu pracy, ba, nawet odnaleźć w nim chwilę wytchnienia i szczęścia. Im więcej mamy obowiązków w domu, takich jak pranie, sprzątanie, gotowanie itp., z tym większą niecierpliwością będziemy wyczekiwać drogi do pracy, kiedy w spokoju osiągniemy kolejny level i uśmiechniemy się do telefonu. Potem byle do przerwy i kolejnych kilku minut wytchnienia. No i po pracy, przed kolejnymi obowiązkami, następne kilka minut. W ten wysoce nieproduktywny sposób utrzymujemy swoją produktywność na odpowiednim poziomie, podświadomie oszukując siebie, że jesteśmy szczęśliwi. Tak działa krytykowana przez Bowna kultura oderwania (culture of distraction).

s.99-100

Jak zauważa William Davies, racjonalna rekreacja ewoluowała do tego stopnia, że obecnie istnieje cały przemysł szczęścia. Szczęście przeszło ze sfery prywatnej do publicznej, stało się towarem szczególnie poszukiwanym przez pracodawców u potencjalnych pracowników. Współczesną racjonalną rekreację stanowią sponsorowane przez firmy karty MultiSport czy wynajmowane na ich koszt hale sportowe. Integralnym elementem przymusu szczęścia są również coache i instruktorzy fitness, uczący ludzi, jak być szczęśliwymi. Namawiają do zdrowej, produktywnej egzystencji, jednocześnie piętnując gry komputerowe, używki czy fast foody.

s.100

Co więcej „użyteczne” gry tylko zwiększają izolację pracownika. Odrywa się od pracy, ale nie po to, aby dyskutować z innymi, co, jak wiadomo, może prowadzić do rewolucji. Z podobnego powodu, z którego zamyka się kawiarnie – chociażby ostatnio w Iranie – regularnie upomina się pracowników długo rozmawiających przy herbacie czy kawie. Mogą oni przecież rozmawiać o warunkach pracy! Zamiast tego lepiej pozwolić im siedzieć przed ekranami, w ciszy. Kilka miejsca pracy oferuje pracownikom sale zabaw, gdzie mogą pograć na konsoli i się odstresować. W tych pomieszczeniach pracownicy przenoszą biurową rywalizację do świata wirtualnego, dzięki czemu kolega z pracy staje się rywalem na innym polu niż zawodowe, co może skutecznie wyeliminować go jako sojusznika w potencjalnej rebelii. W większości środowisk pracy istnieje zaś ciche przyzwolenie na granie. Oczywiście w granicach rozsądku, wyznaczonych przez przełożonego.

s.100

Jak zauważa Grzegorz Dziamski, celem społeczeństwa konsumpcyjnego nie jest posiadanie jak największej ilości przedmiotów, lecz kolekcjonowanie znaków: pozycji, prestiżu, sukcesu, powodzenia, szczęścia. Celem konsumenta jest doświadczanie – obojętnie, czy związane ze skokiem ze spadochronem, czy z obejrzeniem dziesięciu odcinków popularnego serialu. Doświadczenie pozwala wyróżnić się na tle pozostałych pracowników, a co za tym idzie, nie czuć się jak nic nie znaczący trybik w maszynie.

s.102

Źródło: Kapitalistyczne gry, Łukasz Muniowski, Nowy Obywatel, nr 24 (75), lato-jesień 2017 r., s.98-103.




Kategorie