I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia.

Była to dzielnica zamieszkała przez inteligencję niemiecką pochodzenia żydowskiego, mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walter Altenau. Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.

Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych”. No to co? Chcą śpiewać, muzykować, niech zbiorą się oddzielnie, będą śpiewali. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy.

Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli i do idei, że ta mniejszość, która wydała Einsteina, Nelly Sachs, Heinricha Heinego, Mandelsonów, jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne. To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.

Władza ówczesna z jednej strony prowadzi sprytną politykę, bo np. spełnia żądania robotnicze. 1 maja w Niemczech nigdy nie był świętowany – oni, proszę bardzo. W dzień wolny od pracy wprowadzają Kraft durch Freude [„siła przez radość”]. A więc element wczasów robotniczych. Potrafią przezwyciężyć bezrobocie, potrafią zagrać na godności narodowej: „Niemcy, podnieście się ze wstydu wersalskiego. Przywróćcie swoją dumę”. A jednocześnie ta władza widzi, że ludzi tak powoli ogarnia znieczulica, obojętność. Przestają reagować na zło. I wtedy władza może sobie pozwolić na dalsze przyspieszenie procesu zła.

„Auschwitz nie spadł nagle z nieba”. Auschwitz tuptał, dreptał małymi kroczkami, zbliżał się, aż stało się to, co stało się tutaj.

Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny.

Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakieś Auschwitz nagle spadnie z nieba.

Marian Turski

Źródła:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1940080,1,marian-turski-auschwitz-nie-spadlo-z-nieba.read
https://oko.press/marian-turski-jesli-bedziecie-obojetni-jakies-auschwitz-spadnie-wam-z-nieba/


Żeby w ogóle wyruszyć za ocean w celu zagarnięcia cudzej ziemi, trzeba mieć poczucie, że ona się nam należy. Jesteśmy rasą wyższą i pomazańcami bożymi, oni zaś dzikimi podludźmi, którym niesiemy cywilizację. To przekonanie musi być potem stale podtrzymywane, ponieważ zwyczajnie nie da się żyć na równej stopie z tymi, którym ukradło się ojczyznę i wymordowało większość współplemieńców. Są dla nas chodzącymi wyrzutami sumienia, trudno spojrzeć im w oczy. A zatem trzeba te oczy zniszczyć.

Oburzamy się słysząc o żołnierzach strzelających do dzieci czy dobijających rannych, nie rozumiemy, jak można niszczyć ludziom domy, burzyć studnie, zatrzymywać na checkpointach śmiertelnie chorych jadących do szpitala. To wszystko jednak jest po prostu konsekwencją owego pierwotnego założenia, że skoro potrzebujemy mieć gdzieś własne państwo, to mamy prawo założyć je sobie tu oto. Że ci, którzy tu mieszkają, nie są wystarczająco ważnymi ludźmi, żebyśmy musieli się z nimi liczyć.

Źródło: https://wjadrodyskursu.blogspot.com/2020/01/makbet-kolonizator.html


Teraz mamy wyjątkową sytuację. Obejmujące kilka dekad wykresy agrohydrologiczne sporządzane przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej nie pozostawiają złudzeń. Styczeń w naszym klimacie powinien być najzimniejszym miesiącem ze średnią temperaturą -1–2 st. Tymczasem stacje w różnych częściach kraju pokazują 4 st. na plusie. To ogromne odchylenie od normy. Podobnie jest z sumami opadów. Wszystkie słupki pokazujące, jak wyglądają dziś opady w porównaniu ze średnią z wielu lat, są znacznie poniżej normy. Raporty o sytuacji hydrologicznej w Polsce alarmują, że mogą się pojawić deficyty wody głównie z pierwszego horyzontu wodonośnego, czyli najpłytszych wód, i to już o zasięgu regionalnym. Czyli nie będą to pojedyncze przypadki, lecz szerszy problem.

Przyrost temperatury w okresie zimowym jest u nas taki, że osiągnęliśmy mniej więcej poziom temperatury typowej dla Węgier.

Co można i co trzeba w takiej sytuacji zrobić?
Gromadzić wodę. Można to stosunkowo łatwo robić w górach, ale największe deficyty są na terenach nizinnych. Pomóc może tzw. mała retencja, czyli budowa różnych instalacji służących spowalnianiu odpływu wody oraz wspieranie i konserwowanie naturalnych form retencji: mokradeł, bagien itd. To, co nam się uda na miejscu zatrzymać i co nie spłynie szybko do rzek, wniknie do gruntu i stanie się swoistą lokatą, która uchroni nas przed suszami. Innego rozwiązania nie widać.

Źródło: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1939922,1,dlaczego-w-styczniu-jeszcze-nie-widzielismy-sniegu.read


28Sty20

„Myśl globalnie, działaj lokalnie” – powtarzają ludzie, którzy chcą zmieniać świat na lepsze. W ten sposób zostają wciągnięci w model aktywizmu, którego głównym zadaniem jest powstrzymanie jakiejkolwiek zmiany.

W 2013 roku było tam zarejestrowanych osiemnaście aut osobowych na stu mieszkańców. Dla porównania w Londynie wskaźnik ten wynosił wówczas trzydzieści, w Sztokholmie i Wiedniu – trzydzieści dziewięć, a w Warszawie – pięćdziesiąt sześć. Ten brak samochodów bardziej słychać, niż widać. W Tokio jest szokująco cicho. W części dzielnic wprowadzono limit czterdziestu pięciu decybeli – to mniej więcej poziom hałasu spotykany w bibliotece.

I nie należy z tego wyciągać wniosku, że receptą na rozwój jest zorganizowanie dużego, międzynarodowego wydarzenia.

Te zwykle są horrendalnie drogie, zarabia na nich organizator, a koszty ponoszą lokalne społeczności.

Na remont stadionu miasto Poznań wydało 750 milionów złotych. Zgodnie z umową klub piłkarski Lech Poznań co roku płaci miastu 650 tysięcy złotych za dzierżawę budynku. Ewentualne koszty naprawy ponosi miasto, klub nie musi też dzielić się dochodami z biletów czy reklam. Jeśli traktować to jako poważną inwestycję, to instytucje publiczne odzyskają te 750 milionów złotych po 1154 latach. Czyli w 3166 roku.

Na koncie organizatora mistrzostw, czyli UEFA, pojawiła się natomiast suma 1,39 miliarda euro czystego zysku.

[…] w Porto Alegre mieszkańcy mogli decydować o tym, jak się wydaje od siedemnastu do dwudziestu trzech procent całego budżetu miasta, o tyle w Polsce budżety obywatelskie dotyczą zwykle wydatków stanowiących jakieś pół procent całego budżetu (to minimalny odsetek przewidziany we wspomnianej ustawie).

[…] o inwestycji tak gigantycznej, jak wydanie 750 milionów złotych na stadion piłkarski, nie rozmawia się wcale, natomiast całą energię społeczną, która pojawia się wokół kwestii miejskich, kanalizuje się w bezpieczne programy partycypacji, których celem jest to, by nic istotnego z nich nie wynikało.

W Lublinie też mamiono nas wielkimi ideami o Budżecie Obywatelskim, że wskaże kierunki rozwoju miasta. Było to mydlenie oczu, jeśli nie kłamstwo. BO nie ma wpływu na zmianę kierunku zarządzania miastem.

Małe może być i piękne, ale tylko duże jest skuteczne. Woonerfy są może ładne i pożyteczne, ale to decyzja o wydaniu grubych milionów na wielkie inwestycje (jak stadiony) jest faktem, który przesądza o kierunku lokalnego rozwoju na dekady.

Choć prawie połowę kierowców stanowią kobiety, to przytłaczającą większość wypadków drogowych (trzy czwarte w 2018 roku) powodują mężczyźni. To oni też częściej zabijają – co jedenasty wypadek przez nich spowodowany kończy się śmiertelnie, w przypadku kobiet zdarza się to ponad dwa razy rzadziej.
[…]
Statystyczny wypadek samochodowy w Polsce ma miejsce na terenie zabudowanym, przy dobrych warunkach atmosferycznych i jest spowodowany przez trzeźwego mężczyznę w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu dziewięciu lat.

W Szczecinie do filharmonii rocznie chodzi więcej osób (sto pięćdziesiąt tysięcy) niż na mecze pierwszoligowej Pogoni (sto tysięcy). W Poznaniu frekwencja na mecze Lecha jest wyższa (trzysta siedemnaście tysięcy kibiców w 2018 roku), ale nie przerasta liczby osób, która odwiedza miejskie muzea (czterysta cztery tysiące w tym samym roku). Można oczekiwać, że lepiej będzie w Warszawie – to mecze Legii cieszą się największą oglądalnością w Polsce. Jednak w dużych stołecznych instytucjach kultury roczna frekwencja to co najmniej dwieście tysięcy zwiedzających. A takich instytucji jest kilka.

Dlaczego więc mówimy o miejscach takich jak Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski jako o niszowych, a o meczach piłki nożnej jako o rozrywce masowej? Dlaczego te pierwsze są notorycznie niedofinansowane, a na te drugie strumień publicznych pieniędzy leje się od lat? Dlaczego pracownicy (a raczej pracownice) kultury żyją niejednokrotnie na granicy ubóstwa, a piłkarze – nawet ci kiepscy i grający w niższych ligach – zarabiają fortuny? Odpowiedź narzuca się jedna: bo z kultury częściej korzystają i częściej w niej pracują kobiety, a piłka to męska rozrywka i męski biznes.

Źródło: https://magazynpismo.pl/czule-punkty-miasto-aktywizm-urbanizacja/


27Sty20

Skalę wycinki mają rozmydlić obietnice o przesadzaniu. 110 drzew do wycięcia i 102 do przesadzenia brzmi przecież mniej drastycznie, niż 212 do usunięcia. Zwłaszcza, że miasto robi to „na prośbę” protestujących latem zeszłego roku.

Fakt, że ul. Lipowa zostaje praktycznie ogołocona z drzew (ma zniknąć 30 z 69) urząd pomija milczeniem. Podobnie jak to, że do przesadzania (pomijając już wątpliwe szanse na powodzenie tej operacji) kwalifikuje drzewa małe. A gra się toczy o te stare i duże. Te, które w największym stopniu produkują tlen, dają cień, magazynują wodę, są wizualną i ekosystemową przeciwwagą dla wszechobecnego betonu.

Mam wrażenie, że wiedza o zmianach klimatycznych do świadomości lubelskiego Ratusza jeszcze się nie przebiła. Lublin zarządzany jest tak, jakby zimą nie zabijał nas smog, a latem nie doskwierały nam upały i susza, a już za chwilę także ekstremalne zjawiska atmosferyczne, jak gwałtowne burze i ulewy.

Przebudowa Racławickich i Lipowej w planowanej formule jest pomysłem nie tylko fatalnym, ale i kompletnie zaprzeczającym kierunkom, w których dziś rozwijają się nowoczesne miasta.

Przy okazji kolejnych decyzji i działań Krzysztofa Żuka – Prezydenta Lublina – poszukuję słów najbardziej obraźliwych; wiązanka wulgaryzmów, to jedyne na co zasługuje.

Niedawno przyjęta uchwała Rady Miasta – „Miejski Plan Adaptacji do Zmian Klimatu” mówi wyraźnie o konieczności ochrony zieleni, a w szczególności drzew. O tym, że nie możemy zabetonowywać przestrzeni.
Co robi Krzysztof Żuk? Drzewa wycina, a kolejne przestrzenie w mieście pozwala zalać betonem/asfaltem.

Naprawdę pytania o to dla kogo Krzysztof Żuk robi to wszystko są zasadne. Na pewno nie robi tego dla mieszkańców.
Przy okazji zmiany planów dla Górek Czechowskich jasne jest, że korzyści może odnieść prywatna firma TBV.
Przy okazji wycinki drzew i remontu ulic stracą mieszkańcy, a zyskają chyba tylko firmy budowlane. Może po raz kolejny wygra ta sama firma zaliczając kolejne zlecenie od Urzędu Miasta Lublin?

Mamy przeogromny problem z jakością powietrza, smog w Lublinie to realne zagrożenie. A w budżecie miasta na bezpośrednią walkę ze smogiem przeznacza się pół promila budżetu.

Sprawna komunikacja zbiorowa jest antidotum zarówno na korki uliczne jak i zanieczyszczenie powietrza, ale w 2020 roku pieniędzy na kursy autobusowe jest mniej niż w roku ubiegłym. Wiele osób otwarcie deklaruje, że autobusami jeździć nie będzie i przesiądą się do samochodów.

W deklaracjach (i uchwalonych/podpisanych dokumentach) Krzysztof Żuk oraz jego Rada Miasta wydają się popierać współczesne idee, zauważać problemy i znajdować adekwatne rozwiązania.
Jednak, gdy przychodzi co do czego. Kiedy chodzi o realne działania mówimy „Po czynach ich poznacie”, a czyny jasno przeczą deklaracjom.

Rządy Krzysztofa Żuka to nic innego jak dewastacja miasta i degradacja warunków życia mieszkanek i mieszkańców.

Źródło: https://www.dziennikwschodni.pl/lublin/prezydencie-szanuj-zielen-i-mieszkancow,n,1000258974.html




Kategorie

Archiwum