Spośród 204 tys. zarejestrowanych i zweryfikowanych wykroczeń popełnionych w latach 2015-2017 na odcinkach dróg objętych odcinkowym pomiarem prędkości, w Generalnym Inspektoracie Transportu Drogowego dopuszczono do przedawnienia aż 115 tys. spraw. Głównym powodem były niedobory kadrowe w Inspektoracie. W związku z tym GITD znacząco ograniczał rejestrację wykroczeń programując urządzenia nawet o 30 km/h powyżej prędkości dozwolonej na danym odcinku. Tym samym zmniejszało to poczucie nieuchronności kary wśród kierowców i negatywnie wpływało na oczekiwaną redukcję liczby wypadków i ich skutków. Utrzymujący się od 2017 roku stopniowy wzrost liczby ofiar śmiertelnych wypadków drogowych, w zestawieniu z błędami popełnionymi na etapie planowania i realizacji projektu zakładającego budowę systemu automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym, w ocenie NIK, wskazuje na konieczność podjęcia natychmiastowych zmian organizacyjnych i prawnych w tym zakresie.

Funkcjonowanie odcinkowych pomiarów prędkości, w przeliczeniu na oszacowane koszty jednego wypadku oraz koszty ofiar śmiertelnych, przyniosło szacunkowy efekt korzyści społecznych w wysokości 120 mln zł, który ponad 12-krotnie przewyższył koszty zakupu i utrzymania tych urządzeń. Jednak w związku z tym, że nadzorem urządzeń do odcinkowych pomiarów prędkości objęto niespełna 1% dróg krajowych zwiększenie bezpieczeństwa w obrębie większości z tych odcinków nie przeniosło się na ogólne dane dotyczące bezpieczeństwa na drogach krajowych.

Sprawny system zarówno kadrowy jak i prawny umożliwiłby zwiększenie wpływów do budżetu z racji mandatów:

wynoszących w latach 2015-2018 co najmniej 2,8 mld zł, w tym 410 mln zł na odcinkowych pomiarach prędkości.

Cała ta kwota mogłaby być przeznaczona na poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego (wizja zero).

Potwierdza to tezę, że nieuchronność kary jest jednym z najlepszych sposobów na poprawę bezpieczeństwa na drogach, ale konieczna jest powszechna kampania przeciwdziałania piratom drogowym, którzy powodując wypadki zabijaja 4 tysiące osób raniąc kolejnych 40 tysięcy.

Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/odcinkowy-pomiar-predkosci.html?fbclid=IwAR1ctx3hMEXDKuMI70vSFm4mJRNLoPjZH-fyO72nHsGAh0ItebyCqDpjuwo

Reklamy

Spośród 19,6 mln ton importowanego węgla ponad 13 mln ton przyjechało od naszego północno-wschodniego sąsiada. Trudno się temu dziwić – surowiec z Rosji jest najbliżej i ma dobrą jakość. Według danych Rosyjskiego Urzędu Statystycznego polskie firmy za węgiel z Rosji w 2018 r. zapłaciły prawie miliard dol. (943 mln) czyli ponad 3,4 mld zł. To był najlepszy dla rosyjskich producentów rok od wielu lat – w 2016 polscy importerzy zapłacili 282 mln dol., a w 2017 niecałe 500 mln. Większość tego węgla to surowiec, który trafia do gospodarstw domowych i sektora komunalnego. Radca handlowy ambasady Rosji w Warszawie Władimir Niefiedow oceniał w wywiadzie dla agencji Ria Nowosti, że 40 proc. węgla dla drobnych odbiorców pochodzi z Rosji.

wegiel_importowany_rosji_2018

Polska Grupa Górnicza, czyli największy producent węgla chce wydobywać do 2030 r. średnio 30 mln ton węgla rocznie, czyli tyle, ile wydobyła w 2018 r. Inwestycje, które przeprowadza służą więc utrzymaniu, a nie zwiększeniu wydobycia. Drugi producent węgla energetycznego czyli Bogdanka ma możliwości w granicach 10 mln ton rocznie i nie zapowiada, że wyfedruje wiele więcej.

Tauron w górnictwie kompletnie nie ma się czym pochwalić. W 2017 r. wydobył 6,4 mln ton, w tym roku tylko 4,8 mln ton z powodu trudnych warunków geologicznych. Górnicy Taurona wyfedrowali miliard zł straty operacyjnej. Nie wiadomo czy sytuacja się poprawi w następnych latach. Spółka w każdym razie tego nie obiecuje.

Jastrzębska Spółka Węglowa produkuje głównie węgiel koksujący, choć z powodu geologii złóż musi również wydobywać energetyczny – w zeszłym roku było to 4 mln ton. Prezes Daniel Ozon mówił podczas konferencji wynikowej, że chce ograniczyć produkcję węgla energetycznego do minimum czyli 2 mln ton. JSW chciałaby nawet wydobywać jeszcze mniej, bo bycie producentem węgla energetycznego utrudnia spółce zdobywanie finansowania w zagranicznych bankach, ale zejście poniżej 2 mln jest technicznie niemożliwe.

Jeśli zbierzemy to wszystko do kupy, to okaże się, że do 2030 r. nie ma więc szans na zwiększenie wydobycia węgla.

Skoro wydobycie węgla w Polsce będzie maleć, a rachunek za import rosnąć, to czy nie pora wyciągnąć wreszcie z tego wnioski? Bo jak na razie jesteśmy na najlepszej drodze aby powtórzyć choćby niemieckie błędy – a więc wypompować z krajowej gospodarki miliardy euro na bieżącą konsumpcję paliw, zamiast wpompować te pieniądze w inwestycje w nowe źródła energii.

Źródło: https://wysokienapiecie.pl/18638-rachunek-za-importowany-wegiel-wyniosl-w-2018-ok-7-mld-zl/?fbclid=IwAR20z2DnC0RdXFmD4UV-e3E9PM9k7BSYg2Zse-igQkUKAPRWlxeN1xbdVx8


Zdecydowanie potrzebujemy dzisiaj programu dla Polski uzgodnionego przez różne grupy społeczne i uwzględniające potrzeby różnych grup społecznych oraz wyzwania XXI wieku.

Program dla Polski to powinien być szacunek dla wszystkich obywatelek i obywateli. Chociażby w języku jakiego używamy na co dzień. Język ma znaczenie i to czy kogoś nazwiemy „PiSlamistą” lub „PiSdusiem” czy sąsiadem, człowiekiem o innych poglądach – to ma znaczenie.

Pogarda drugiego człowieka zabrnęła zbyt daleko i to niestety we wszystkich środowiskach politycznych, co mnie jako człowieka lewicy bardzo boli, że także w moim środowisku spotykam się z poniżaniem innych ludzi tylko dlatego, że myślą inaczej. Możemy zakładać, że się mylą, ale nie możemy nikim gardzić.

Liberalne komunały są dziś tak zużyte i ośmieszone przez rzeczywistość, że ich obrona przypomina obronę gospodarki centralnie planowanej w latach 80.: nikt już ich nie traktuje poważnie, poza paroma panami w wieku średni+, których z litości nie wymienię z nazwiska. Mało kto traktuje już serio opowieści o biednych, uciśnionych przedsiębiorcach, którzy stworzyliby Polakom doskonałe miejsca pracy − gdyby tylko obniżyć im podatki.

Tymczasem program gospodarczy PO, jak mówił jego główny autor prof. Andrzej Rzońca, konsultowany był regularnie z organizacjami pracodawców − i to w nim widać. Nie ma w nim nic, co mogłoby konkurować ze złożoną przez PiS jasną obietnicą podwyżki płacy minimalnej.

Źródło: https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewico-pis-jest-prawdziwym-przeciwnikiem-leszczynski/?fbclid=IwAR2fnRN9e8h-UBcgaf9ELVfiBkZh9Yvn8Bp4wI9uP0aY6vePJSSRsvkWFh4

13 października zachęcam do głosowania na Lewicę – http://www.Lewica2019.pl


W produkcji drobiu czy ubojniach zazwyczaj zatrudnia się pracowników z Ukrainy albo takich, dla których to najszybciej dostępna opcja zarobku. Dostają bardzo niskie stawki godzinowe, pracują w chłodzie i wilgoci nawet do 20 godzin dziennie. I nie mówimy tu o kilku brutalnie traktowanych osobach. Tylko o około 150 tys. pracowników zatrudnionych w branży, z których znaczna część jest wyzyskiwana. W tym przemyśle nie traktuje się dobrze ani zwierząt, ani ludzi.

Konsumpcja mięsa zawsze była bardzo zróżnicowana klasowo. Zazwyczaj przypadała tym wyżej sytuowanym, elitom. Dlatego mięso było produktem pożądanym, bo kojarzyło się z prestiżem.
[…]
Dla większości chłopów, aż do początków XX wieku mięso było przedmiotem pożądania, ale nigdy istotnym składnikiem menu.

Czasopismo „Nature” opublikowało tekst, w którym jest wyraźnie powiedziane, że aby wzrost średniej światowej temperatury sięgnął jedynie dwóch stopni, to musimy znacząco ograniczyć spożycie mięsa.

Trzeba działać systemowo. Dobrym przykładem są bary mleczne, gdzie można znaleźć tanie, smaczne posiłki, czasem również bezmięsne. Były one dotowane. Moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pojawiły się dotowane jadłodajnie oferujące pokarmy pochodzenia roślinnego. To jedno.

Inna sprawa to funkcjonujące ogromne dotacje do produktów mlecznych i produkcji mięsnej. Do tego przemysł zmniejsza koszty, płacąc pracownikom nawet poniżej stawek minimalnych. Dzięki takim zabiegom ceny mięsa są tak niskie, że spokojnie konkurują z cenami zbóż, warzyw i owoców. Kiedy weźmiemy pod uwagę jeszcze bilans kaloryczny to wydaje się, że bardziej opłacalne jest właśnie kupowanie wyrobów mięsnych. Gdybyśmy przeliczyli realne koszty produkcji, to mogłoby się okazać, że wielu ludzi nie stać na produkty pochodzenia zwierzęcego.

Mało się o tym mówi, ale na terenach wiejskich odbywają się setki protestów. Są spowodowane tym, że pojawia się gigantyczna liczba zakładów i hodowli. Rośnie zagrożenie epidemiologiczne, tereny bliskie hodowlom nęka trudny do wytrzymania smród, a lokalni rolnicy nie są w stanie sprzedawać swoich produktów. Proszę sobie wyobrazić, że zabijamy w Polsce ponad miliard kur rocznie! Z kolei wzrost zarażeń wirusem ASF próbuje się zrzucać na dziki, pozwala się na ich odstrzał podczas gdy to nie zmieni nic, jeżeli dalej będzie miał miejsce masowy chów świń. Epidemia, w takiej czy innej formie, powróci.

Źródło: https://kobieta.onet.pl/mit-czlowieka-lowcy-przekonania-na-temat-wlasciwej-diety-wpaja-nam-przemysl-miesny/w9l1cee?utm_source=m.facebook.com_viasg_kobieta&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&utm_v=2


Zbyt łatwo zapominamy, że ostatecznie nie jesteśmy tylko konsumentami, a konsumencka perspektywa nie zawsze jest najważniejsza. Czasami pod pretekstem ułatwiania życia konsumentom wciska się nam rozwiązania, które nie dość, że w końcowym rozrachunku nie poprawiają wcale naszej sytuacji jako konsumentów, to jeszcze wpływają destruktywnie na społeczeństwo.

Dlaczego – jako obywatele – mamy wpadać w zachwyt z powodu tego, że ktoś wymyślił sprytny sposób, jak czerpać wszystkie korzyści z bycia firmą przewozową, a jednocześnie unikać regulacji z tym związanych? To ma być ta legendarna przedsiębiorczość? Wyszukiwanie luk prawnych, tworzenie nieuczciwej konkurencji, robienie państwa w balona?

Jeśli się na to zgodzimy, to może zyskamy jako konsumenci ­– przynajmniej na krótką metę – ale z pewnością stracimy jako obywatele. Będzie to kolejny krok w stronę świata, w którym wielkie korporacje rozdają karty, a demokratycznie wybrane władze okazują się bezsilne. Myśmy i tak zabrnęli tą ścieżką za daleko. Na przykład kilka dni temu okazało się, że polski rząd skapitulował przed wielkimi korporacjami, jak Amazon, Google oraz Facebook, i zrezygnował z planu wprowadzenia podatku cyfrowego.

Już choćby dlatego, że jak przypomina znany ekonomista Ha-Joon Chang, o ile w demokracji obowiązuje zasada „jeden obywatel, jeden głos”, o tyle na rynku panuje reguła „jeden dolar, jeden głos”. Jeśli „głosowanie” pieniędzmi miałyby zastąpić wybory polityczne, to szybko by się okazało, że garstka bogaczy może łatwo „przegłosować” resztę obywateli.

Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego”. I od razu dodawał przestrogę: „Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać”.

Dlatego tak ważne jest, żeby pamiętać o osobach pracujących i ich prawach. Prawo pracy w Polsce nie jest najgorsze (w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej), ale tak jak wiele praw w Polsce nie jest przestrzegane. Tak jak Konstytucja, Prawo o Ruchu Drogowym, tak i Prawo Pracy jest łamane codziennie.
To jest objaw kartonowego państwa, które po 1989 roku sobie zafundowaliśmy i zafundowały nam osoby tworzące III RP, część z nich niestety cały czas jest aktywnych w polityce i próbują nam tę kartonowość sprzedać ponownie.
Potrzebujemy państwa, które dba o obywateli, o przestrzegania tego prawa, które mamy. Potrzebujemy osób w parlamencie, które będą przedkładać dobro obywateli pracowników i konsumentów ponad prawa korporacji.

Zachęcam do głosowania 13 października na Lewicę – www.Lewica2019.pl

Źródło: https://krytykapolityczna.pl/kraj/dlaczego-lewica-nie-kocha-ubera/?fbclid=IwAR3_ihvq3KpcSU1k-A_jtxvFpKOcMx5v-4EywI5Gf_chDXkbcEAFHMd13i8




Kategorie

Archiwum